Już jest. Kolejny projekt jest gotowy. A szczerze mówiąc nie zapowiadało się na to. Miałam się za to zabrać wczoraj, ale wczoraj złapało mnie jakieś nie wiadomo co i osłabiło na całej linii. Już myślałam, że to przeziębienie albo inne wredne choróbsko, ale albo rozwija się wyjątkowo wolno, albo po prostu organizm daje mi sygnał, bym przystopowała. Bo objawów żadnych konkretnych nie mam, a czuje się paskudnie i słabo. W związku z tym wczoraj nie zrobiłam kompletnie nic (oprócz obiadu :P) i dużo leżałam i odpoczywałam. Dziś rano, w tym szczególnym dla mnie dniu (moje 27 urodziny :D) obudziłam się z wielką ochotą na podbijanie świata! Energii miałam co nie miara! Plany były ambitne: pranie, prasowanie, sprzątanie....i pupa. Minuty mijały i już po 11 wiedziałam, że nie zrobię nic z moich planów...znów atakowało mnie osłabienie i tak pozostało do końca dnia. Zrobiłam szybkie zakupy - bo obiad trzeba z czegoś zrobić i przygotowałam najprostszy obiad na świecie (co nie znaczy, że nie był pyszny: mmm spaghetti carbonara :D). W ramach mojego święta w sklepie osiedlowym zakupiłam pyszną tartę z malinami :D a co! należy mi się coś od życia :P zwłaszcza, że przy porannym ważeniu doznałam małego szoku! 0,5 kg na minusie! Jak się w aktualnym stanie ciągle przybiera, to miło zobaczyć taką odmianę na wadze :)
Wracając do sedna, nie mając zupełnie siły, patrzyłam tęsknym wzrokiem na maszynę...no i pod koniec dnia - koło 19, stwierdziłam, że spróbuję - jak będzie mi słabo - to zrobię sobie przerwę i tyle. Jak przysiadłam popijając herbatkę z miodem i cytryną made by my husband <3 wzięłam się spokojnie do szycia. I tak minęło pół godziny, godzina, dwie godziny...i chwilę po 21 - gotowe! Już uszyłam :) Wprawdzie było mniej skomplikowanego szycia, jak to w przypadku przybornika miało miejsce, ale i tak jestem z siebie zadowolona :) Maluchowi też się chyba podoba bo co rusz mnie kopie :) A teraz czas pochwalić się rezultatem :)
Pierwsza część ochraniacza zszyta:
Ciach ciach :)
Praca wre :D nawet całkiem prosto mi szło :) fakt faktem, że materiał, który miał fakturę takiej pseudo kratki trochę mi w tym pomagał :) no dooobra - bardzo mi pomagał :D
Dwie części gotowe :D
Yogi prezentuje efekt końcowy :) Póki co rozłożony na podłodze, bo jak już wcześniej wspominałam łóżeczko jeszcze śpi w kartonie.
I na koniec ładnie złożony ochraniacz :)
Także mimo osłabienia i bólu pleców (dłuższe siedzenie w jednej pozycji w 8 miesiącu ciąży tym właśnie skutkuje) udało mi się osiągnąć zamierzony cel :) Nawet mąż był zdziwiony, że tak szybko poszło ;) Szkoda, że dzień urodzin się kończy...ale jeszcze będę je świętować w weekend ;) nic straconego. Kończę powoli ten dzień ze smyraniem malucha w brzuchu i Yogusiem u boku ;) Tak mi dobrze ;)






wow:D bk.. bez kitu, wszystko jest w zasiegu i twoich upodoban:P Moze Dora sie nauczy jak bedzie miala wiecej czasu:D
OdpowiedzUsuń